Jak sobie posłucham, pomyślę, albo zobaczę, to coś napiszę. Miało być o muzyce przeważnie, ale różnie to wychodzi...
wtorek, 23 września 2008
WINO W BRAMIE
He's so gay He's almost everyone today. Frank Zappa. No i się znowu zrobiło szaro, zupełnie jak w życiu. Na szczęście udało mi się przez ostatni rok zrobić tyle ciekawych rzeczy, że wciąż wydaje mi się, że to dopiero początek września i że ta polska pogoda dopiero co się zaczęła i nie trwa wcale już prawie miesiąc. Telewizje zaatakowały nowymi ramówkami w których do pożygania mamy programów z cyklu występy kretynów oceniane przez debili. Gazety i internet już sie rzuciły do oceniania, wynajdowania rodzynków prawdziwej sztuki i największych freaków. Przypomina mi to zabawy strażników w Auschwitz, śmiejących się z więźniów, którym przygotowywali przeróżne atrakcje, które my znamy z kawałów z Hansem, typu : "Hans obiecał zbudować więźniom ciepły dom w Oświęcimiu, ale zastrzegł, że jak zobaczy któregoś w oknie, to zastrzeli. I zbudował szklarnię." Nie sposób jednak nie dostrzec istotnej róznicy - więźniowie obozów nie przebywali tam z własnej woli, natomiast do telewizora ciągnie wszystko, co żywe - ćwierkający motocykliści, kalecy akrobaci, intelektualnie uszkodzeni wokaliści, niepiśmienni poeci, pan Józek z akordeonem i zapłakana dziewczynka śpiewająca Niemena, który jak wiemy wielkim poetą był i obsrywać się przy nim należy. A my siadamy i posłusznie oglądamy. Zawsze wydawało mi się, że naśmiewanie się z niepełnosprawnych nie jest raczej w dobrym guście, więc telewizora to sobie raczej tej jesieni nie pooglądam. Zostaje to co zwykle czyli własny zryty łeb, muzyka i komputer, który na szczęście jeszcze daje jako - taką wolność wyboru. W łykend wybraliśmy się z Sebtordami obejrzeć chińskich żołnierzy z terakoty, którzy najechali Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie. Żołnierze są wpisani na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO, więc nie mogliśmy nijak odeprzeć najazdu, pozostjąc jedynie z możliwością przyjrzenia się skamieniałym twarzom mięsa armatniego sprzed ponad 2000 lat. Skonstatowaliśmy, że prawdziwa sztuka wymaga wyrzeczeń i zastanowiliśmy się chwilę, ile osób musiało zginąć przy wytwarzaniu kilkutysięcznej armii glinianych figur, które sławią imię jakiegoś cesarza. Piszę "jakiegoś" z premedytacją, gdyż jest to imię, którego Polak po prostu nie zapamięta, o wymówieniu nie wspominając. Człowiek może upamiętnić swoje istnienie jedynie poprzez sztukę, wiedział o tym niewymawialny chiński cesarz, wiedział Horacy, który ze słów postawił sobie pomnik, wiedział Piotr I budując Petersburg rękoma tysięcy trupów do dziś spoczywających pod miastem, wiem o tym i ja. Uważa się, że sztuka polega na przetworzeniu rzeczywistości przez filtr osobistych doznań i odczuć. Jako że nie musiałem dokonywać centralizacji państw i jednoczenia narodów ogniem i mieczem, a motłoch pracuje teraz nie o chlebie i wodzie, ale na umowę o dzieło, to na wybudowanie sobie miasta czy armii pozwolić sobie raczej nie mogę. Pozostaje mi jedynie pozostawianie po sobie śladów i czynów, które opowiedzą jakoś to, co mi się w głowie tli. Wracając z Gniezna wpadłem na banalny pomysł, który pozwolił mi na chwilę wrócić do czasów pacholęctwa, kiedy to jedynym celem życia wydawało się być odurzenie się w każdu możliwy sposób i poszukiwanie sensu bytu w tym właśnie stanie. Poszukiwanie sensu najczęściej odbywało sie poprzez ogólną kontestację wszytskiego co zastane i ucieczkę w utopijne recepty, których niespełnienie do dziś powoduje ból ilekroć się odurzam. Pamiętając o powyższych, postanowiliśmy z Sebtordem w sztukę obrócić akt powszedni dla nas, jak i dla milionów rodaków. Wykonaliśmy więc po prostu WINO W BRAMIE. Miejsce akcji i narrator: 
Podmiot liryczny:
No i samo dzieło - WINO W BRAMIE: 
czwartek, 01 marca 2007
Kwas i Lis
Przed chwilą Kwas był w Lisie Zauważyłem Że za normalnością Stęskniło mi się.
środa, 28 lutego 2007
Premier dostał naboje O ja cię pierdolę Mam nadzieję że zrobi z nich użytek i stuknie się chociaż po głowie.
poniedziałek, 26 lutego 2007
Zarastanie wgłębień po przodkach
To że nie pisałem od pewnie roku nie znaczy że nic sie w tym czasie nie działo, niestety. Wczoraj kupiliśmy z Madzią większą antyramę, żeby pomieścic bilety z koncertów, na których byliśmy. Antyrama jest już na tyle duża, że przykrywa tajemnicze wgłęóbienie w gustownej sklejkowej boazerii pokrywającej przedpokój naszego mieszkania od czasów późnego Gomułki zapewne. Kiedyś snuliśmy domysły na temat przeznaczenia tego jajowatego wgłębienia podbitego płytą pilśniową, zastanawiając się, czy wisiało tu lustro, czy może portret przodka. W kazdym razie obecnie, czyli za naszego panowania w tym lokalu, żłobienie jest już prawie niewidoczne spod biletów, jak zresztą wcześniej wspomniałem. Możliwe, że ściana przedpokoju, zawierająca owe tajemnicze uformowanie materiału niedługo zostanie zaklejona jescze bardziej karbami wspomnień, bo lato zapowiada się ciekawie tego roku. Po pierwsze, chociaż związek z koncertami ma to raczej niewielki, Magda coraz częściej przebąkuje o ślubie - no to może teraz w końcu wyjdzie... byłoby to doskonałe preludium do kolejnych miłych zdarzeń - Slayer, Pearl Jam, Black Sabbath i Red Hoci. No a zapewne Lebenssteuer też próżnował nie będzie i trochę sztuk trzeba bedzie zagrać... Tak może to być piękny rok. Rozpoczął się całkiem niewinnie w sobotę za sprawą festivaly RockArena 2007, na który wybraliśmy się jak prawdziwe dziady, czyli samochodem i po obiedzie. Nie chciałem opóścić możliwości zobaczenia TSA, a Magda chciała zobaczyć ich po raz pierwszy, więc ruszyliśmy dupy, no bo przy okazji można też było Perfect zobaczyć, a podejrzewam, że Magda miała ochotę równiez na Myslovitz, chociaż mi tego wolała nie mówić, chcąc uniknąć spopielenia. Było bardzo fajnie (no oczywiście wyjąwszy Myslovitz, chociaż Magda się ze mną nie do końca tutaj zgadza zapewne). TSA pokazało, że rock'n'roll to nie zadufanie, pseudointelektualizm i ogólny spleen, bombardując słuchaczy zwyczajnym, porywającym, elektrycznym, błazeńskim, czasem nawet prostackim i infantylnym, a do bólu szczerym i radosnym rock'n'rollem. Nie ukrywam, że zagrać z TSA to bym chciał dnia któregoś... Kita już siękilka lat odgraża, że zorganizuje, ale na razie to z tego twaróg i wodorosty. Więc wykonałem kilka fotek: 1. Oto niestrudzony, choć zapewne i nietrzeźwy heros gitary Andrzej Nowak, rozkręcający się powoli. 
2. A oto zawsze młody chłopak z gór - Marek Piekarczyk. Dokoła koledzy. 
3. Tu proces tworzenia sola, Efekt - zapewniam, wysoce zadowalający: 
4. Piekarczyk wskazuje drogę. 
5. Stefan Machel jak zawsze na drugim planie. 
6. Tak spoglądał Kozakiewicz na Markowskiego: 
7. i 8. A ludzie bawili się koncertowo. 
.
Niewykluczone że bedę nadawał w miarę zaratania zagadkowych dolin w przedpokoju, tudzież w innych okolicznościach.
czwartek, 28 września 2006
Wiele się nieciekawych rzeczy zdarzyło w ciągu ostatnich kilkunastu lat w tym kraju, ale w świetle tego co się teraz dzieje PO RAZ PIERWSZY W ŻYCIU PO PROSTU MUSZĘ STWIERDZIĆ, ŻE WSTYD MI BYĆ POLAKIEM. Najchętniej schowałbym głowę pod poduszkę, a potem obudził się w końcu i odetchnął spokojnie, że to tylko sen. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że znowu trzeba będzie pójść do wyborów i głosować przeciw, a nie za kimkolwiek...
piątek, 25 sierpnia 2006
Znalezione nie kradzione
Znalazłem dziś w swoich notatkach taki oto wątpliwy poem, niehyybnie przeze mnie popełniony: Kaleczysz słowem bandy realizmu, Mknąc bezsilnie przez własną maskę Ranisz mnie szpilami rozdrapujesz Smród świeżych ran
Ile warte myśli zmienisz na grzech To rzeźnika sklep Rzucisz mnie na chleb
Mentalną wędliną zakładasz mnie na głucho Syty w pustym tłuszczu Padlinę mą krajasz Gówno warte myśli zamieniasz na garaż
Na haku zawiśniesz On Cię zmieni w galart Do ust przystawi swój krwawy aparat
Ręcyma tłustej baby umyty mięsień myśli Ostrzem na plastry soczyste Brudnymi paznokciami Co gardłu najbliższe I pyskiem do przodu I klatą pod wiatr Stop. I skrzyp. Stop. I skrzyp. Stop.
Strasznie mi się podoba jakoś.
środa, 23 sierpnia 2006
Uczta żebraków.
Chciałem zacząć tak: Coś wężowego jest w otwierającym płytę "Sympathy for the devil" - wiją się te słowa w hipnotycznym rytmie, bardzo dziwnie jak na początek płyty, bo brzmią jak jej finał. A może tylko coda? Wcale nie mija ten zasiany w pierwszym kawałku niepokój i w kolejnym, takim niby sielankowym "No expectations" . Ale folkowo- swojska atmosfera zaczyna powoli nużyć już w kolejnym "Dear Doctor". Dalej, chciałem napisać, że to jednak dzieło wartościowe, i że robi się ciekawiej i że jest coś w muzyce The Rolling Stones, co przykuwa i każe słauchać dalej i tysiąc podobnych bzdur. A dla mnie ta płyta jest po prostu słaba.
wtorek, 22 sierpnia 2006
Dużo się dzieje ostatnio; straszne zamieszanie w życiu, jakby ktoś wziął łyżkę i w nim zamieszał. Zmieniają się rzeczy, które do tej pory uważałem za gwaranty stabilności mojej osoby, a które nagle stały się absolutnie nieistotne. Czuję się jak na zakręcie drogi w lesie - nie widzę co za nim jest, ale wiem, że może to być coś zajebistego. I śmieszno i straszno.
piątek, 19 maja 2006
Dawno nic nie pisałem. Chyba niedługo mi się znowu zechce - okoliczności są sprzyjające.
wtorek, 24 stycznia 2006
Death "Human" ****1/2
W 1991 roku minął definitywnie czas, w którym death metal można było określać mianem prymitywnego łomotu. Na fakcie tym zaważył człowiek, który gatunek ten wymyślił i przez całe swe tragicznie krótkie życie redefiniował. Mowa oczywiście o Chucku Shuldinerze, założycielu i właściwie jedynym stałym członku grupy o wdzięcznej i wszystkomówiącej nazwie Death, prawdopodobnie najgenialniejszej osobowości twórczej heavy metalu w ogóle. Album "Human" jest dla Death płytą graniczną. Po nie do końca chyba udanym "Spiritual Healing" z 1990 roku Chuck postanowił zagrać ze słuchaczami w otwarte karty. Odważnie, jako że death metal jako gatunek można było już wtedy uznać za skończony, wystawił twarz do wiatru, wiedząc, że nosi się z ryzykiem oplucia( ślina z wiatrem leci jak wiadomo dalej), ujawniając na płycie swą osobowość i umiejętności. Zrobił to w doborowym towarzystwie, jako że na "Human" akompaniują mu muzycy niepowstałej jeszcze wtedy grupy Cynic, która również będzie miała swój niebagatelny wkład w wizerunek gatunku za sprawą płyty"Focus". Zawartość płyty, to ,rzekłbym, death metal intelektualny. Ucho słuchacza pieszczą niebanalne struktury kompozycji, które, mimo wszytstkich charakterystycznych death metalowi środków przekazu, bardziej ocierają się o jazz niż metalowe standardy. Death oblewa nas kaskadą riffów, których metrum niezwykle żadko wynosi 4/4 a razi nasz precyzją szwajcarskiego zegarmistrza (nie mylić z zegarmistrzem światła purpurowym) lub wysokoprężnej wiertarki udarowej. Kłuje w oczy, jakoś nie przystający do death metalowej etykietki kunszt wszystkich muzyków, a zwłaszcza Chucka, którego nie na darmo krytycy przyrównują do współczesnego Roberta Frippa (a Fripp się nie obraża). Niebanalne rytmy i melodie intrygują w splocie z nieschematyczną i nieustraszoną sekcją rytmiczną - posłuchajcie tylko genialnego "Lack of Comprehension" czy "Suicide Machine". Na wyróżnienie zasługują również teksty - zdecydowanie niegłupie, może nawet czasem przeintelektualizowane ("In dreams my thoughts take their form/To give memories identity/Through dreams I obtain/The ability to connect sight with sound" - to z "See through dreams"), a czasem dziecięco, acz wdzięcznie, banalne ("There is a mask/That covers up one's true intentions/Once removed, things become very clear" - "Secret face"), ale nigdy nie o dupie maryni (co wtedy królowało na parkietach - "Coco Jumbo" czy "Jojo action"??). "Human" to dla Death początek zupełnie nowej drogi - poszukiwań artystycznego ja w sposób nieskrępowany. Rozwiązania muzyczne tej płyty znajdą twórcze rozwinięcie na kolejnych płytach zespołu, a zakończą się na opus magnum formacji - "The Sound of Perserverance" z 1998 roku. Ta płyta okaże się być dla heavy metalu tym, czym Jimmi Hendrix był dla gitary elektrycznej w ogóle - czyli definicją ostateczną. Podobnie jak w przypadku Hendrixa, nie poznamy końca historii - Chuck Schuldiner zmarł na raka mózgu (jak kilku innych niećpających geniuszów gitary zresztą...) w 2001r. Myślę, że wszyscy zainteresowani płytę "Human" już znają, a czy można ją polecić? Nie wiem. Jeśli nie boicie się i nie krępujecie muzycznymi konwenansami (że np. metal to nie muzyka, albo że death metal to tylko Cannibal Corpse) - spróbujcie. Nie da się na tej płycie zawieść.
|
|